Wywiad z Michałem Polakiem

sobota, Marzec 21, 2015

Mówi, że fotografuje na pograniczu mody i sztuki. Inspirują go codzienne sytuacje i problemy społeczne.  Na szczęście porzucił wizję pracy w administracji i postanowił przekazać swoje emocje za pomocą zdjęć . Rozmawiałam z Michałem Polakiem, który chce zabierać ważny głos we współczesnej fotografii mody.

Jak to się stało, że student administracji zajął się fotografią mody?

To jest bardzo długa historia. Kiedyś w ogóle nie myślałem o tym, aby zajmować się sztuką. Od zawsze rysowałem, malowałem i robiłem zdjęcia, ale nie wydawało mi się to na tyle ważne, aby zajmować się kreacją obrazu zawodowo. Moim pomysłem było studiowanie administracji. Chciałem mieć wykształcenie, po którym mógłbym podjąć pracę w budżetówce. Wizja trzynastek była motywująca. Na administracji wytrzymałem praktycznie całe studia, ale nie zakończyłem ich dyplomem. Uciekłem. Zająłem się mniej lub bardziej zdrowymi rozrywkami, pomieszkiwałem w różnych miastach, w końcu jednak wróciłem do Łodzi i przez 5 lat pracowałem jako grafik/projektant. Poznałem w tym czasie wiele ciekawych osób, które nadawały na tych samych falach co ja. Bardzo dobrze czułem się w otoczeniu artystów, a fotografowanie sprawiało mi ogromną przyjemność. To był świetny sposób na współpracę z innymi artystami. Zdałem sobie sprawę, że czas stać się panem własnego życia i drogi zawodowej. Moi znajomi podpowiedzieli mi, żebym rozważył wzięcie dotacji na rozpoczęcie działalności. Dzięki temu aktualnie jestem przedsiębiorcą, kupiłem sprzęt, wynajmuję studio. Tak więc czuję się fotografem dopiero od dwóch lat, bo wtedy zacząłem gromadzić porządny sprzęt fotograficzny. Zawsze miałem do czynienia z aparatem, ale to był moment przełomowy.

Jak wyglądała Twoja pierwsza sesja?

To, o czym myślę, trudno nazwać pierwszą sesją. Na początku fotografia była sposobem na spędzanie wolnego czasu ze znajomymi. Bardzo często nasze domówki kończyły się kreatywnym „odpałem”. Stylizowaliśmy się, przebieraliśmy, robiliśmy sobie zdjęcia. Zgromadziłem spore archiwum, którego raczej nie upubliczniam. To jest karta mojego życia, trudnego w tamtym czasie. Po poważnej chorobie, przez którą przeszedłem, staram się rozprawić ze wszystkimi nałogami, prowadzić zdrowy tryb życia i te archiwalne projekty wzbudzają we mnie dwojakie uczucia. Z jednej strony nie chcę do nich wracać, bo wtedy bardzo imprezowałem, a z drugiej robiłem wiele ciekawych projektów i jest to część mnie. Wtedy też zacząłem współpracować ze Zbyszkiem Olszyną – ja stylizowałem siebie i innych, a on robił foty. Zawsze miałem  bardzo konkretną wizję tego, co chcę zobaczyć na zdjęciach. Medium fotografii miało przekazywać moje wizje i emocje, ale nie do końca byłem zadowolony z rezultatu, gdy ktoś inny stał za aparatem.

Taką pierwszą prawdziwą sesją były zdjęcia identyfikacji dla OFF Out of Schedule (przyp. autora – majowa edycja Fashion Philosophy Fashion Week w Łodzi 2011). W tamtym czasie sam projektowałem dla siebie ubrania i chciałem je sfotografować. Jedno z tych zdjęć powędrowało na OFF-a. To jest zdjęcie z blond modelką, która zasłania twarz włosami. Właśnie podczas tego Fashion Weeku, ludzie zaczęli podchodzić do mnie i gratulować. Po tym zdarzeniu zdobyłem pierwsze zlecenie. Był to swojego rodzaju eksperyment z fotografowaniem cudzych ubrań, traktowany w kategoriach mody offowej. Do dziś mam świadomość, że nie robię fotografii glamour, bo ona ma na celu sprzedawanie pięknych emocji i wizji. Chcę zabierać jakiś głos we współczesnej fotografii modowej, ale w tym, w jaki sposób za pomocą pięknych rzeczy można prezentować emocje skrajne lub niekoniecznie przyjemne.

Fotografujesz i stylizujesz swoje sesje, zdarza Ci się dbać o scenografie, na planie zdjęciowym jesteś niemal człowiekiem orkiestrą, czym jeszcze zajmujesz się oprócz art directingu?

Na początku robiłem wszystko, nad wszystkim chciałem zapanować. Innym pozostawiałem do zrobienia jedynie włosy i makijaże. Spróbowałem wszystkiego, nawet budowałem scenografie. Przez 1,5 roku byłem asystentem jednego z uznanych warszawskich scenografów. Pracowałem jako stylista z Alanem Kępskim. Razem robiliśmy teledysk dla zespołu Sorry Boys. Kreatywne zajęcia to zawsze była moja pasja. Wymyślanie koncepcji to mój żywioł, wizjonerka po prostu mnie jara. Niedawno z Kubą Pieczarkowskim i Anią Catnel od makeupu i charakteryzacji, stworzyliśmy okładkę na płytę dla zupełnie nowego zespołu, ale nic więcej nie mogę powiedzieć. Powstała także sesja promują tę płytę. Ma to być taki psychodeliczny cyrk (śmiech).

Z czasem zrozumiałem, że nie mogę zrobić wszystkiego, aczkolwiek wiedza o pracy innych jest bardzo potrzebna. Nauczyło mnie to pokory i zaufania do współpracowników. Dzięki temu zbudowałem sobie zespół ludzi, z którymi pracuję w komfortowych warunkach. Dzięki wsparciu innych, mogę skupić się jedynie na zdjęciach, bo to daje mi największą satysfakcję.

Mówisz o sobie, że jesteś początkującym fotografem, a w niedługim czasie zdążyłeś wypracować swój rozpoznawalny styl, czyli statyczne zdjęcia z mocnym przekazem emocjonalnym z udziałem eterycznych modelek z często zasłoniętymi twarzami. Nie chciałabyś zrobić bardziej komercyjnej sesji i zarobić dużo forsy?

Nie wiem czy jest to moja wada czy zaleta, ale bardzo trudno mi odejść od mojej estetyki na rzecz 100% komercyjnych projektów. Moim celem nie jest robienie zdjęć eleganckim sukienkom czy rajstopom na ogólnie przyjętych zasadach, choć oczywiście wiem, że z tego mogą być spore pieniądze. Staram się natomiast, przez wytrwałą pracę, dojść do punktu, w którym moja estetyka będzie traktowana jako coś poważnego, z czym trzeba będzie się liczyć. Dla mnie ubrania przede wszystkim coś komunikują. Myślę, że stopniowo uczę się podkręcać ich walory, fakturę i sposób w jaki się zachowują. Nabywam przy tym nowe umiejętności. Istotne w tym wszystkim jest uwzględnianie różnych potrzeb, ale nie w znaczeniu zmiany mojego frontu, tylko w sensie rozwoju. Muszę osiągnąć ten kompromis, aby łączyć różne metody i style, ale zawsze dobrowolnie, nie rezygnując ze swojego ja. Ostatnio Piotr Stokłosa podpowiedział mi, że jego zdaniem powinienem mocniej skupić się na ciuchach, bo nie o to chodzi w zdjęciach modowych, a więc aby wszystko inne, make up i włosy, nie było za bardzo rozbuchane i nie przyćmiewało ubrań. Na takich komunikatach chcę wypracować warstwę być może bardziej przyswajalną dla innych. Coraz więcej osób odzywa się do mnie, więc okazuje się, że ta strategia działa.

Czy twoje prace mogą mieć wartość terapeutyczną? Zaciekawiły mnie zdjęcia, na których modelka ma na głowie kolorową puszkę.

W tej skrzynce trzymam skarpetki (śmiech). Ale przenikanie światła przez ten pojemnik było inspirujące. To sesja, która wyraża sposób, w jaki czułem się w poprzedniej pracy. Moja głowa myślała o czymś innym, a ciało wykonywało zwykłe obowiązki. Podświadomie więc użyłem do tej sesji pojemnika, aby rozdzielić umysł od ciała. Oczywiście każdy oglądający znajdzie w tych zdjęciach coś innego, z inną sytuacją będą kojarzyć mu się, co innego będą mu jawić przed oczami. Wspaniale jest słuchać, co ludzie widzą na moich zdjęciach. Inspirują mnie codzienne sytuacje, problemy społeczne. Sesja „Scientific management” jest o kobietach poświęcających swoje życie prywatne dla pracy w korporacji. Sesja „Chants des baleines” dotyka zagłady wielorybów. Podczas pracy nad nią wsłuchiwałem się w śpiew tych zwierząt. To nie są tematy, które będą się dobrze sprzedawać. Nikt nie chce zderzenia z trudnymi sprawami.

Kiedyś powiedziałeś, że fotografia modowa „daje możliwość sprzedaży marzeń”. Co sprzedaje Michał Polak?

Swoje emocje (śmiech). Moje zdjęcia są na pograniczu mody i sztuki, są bardzo nacechowane emocjonalnie. W moich projektach czerpię głównie z własnych przeżyć, ale ich kanwą są czasami też postaci moich bliskich i przyjaciół. Niekiedy chciałbym sprzedać trochę buty i pewności siebie, a innym razem pokazać, że to nic złego czuć się gorzej albo być odmiennym. Że nie każdy i nie zawsze musi być w 100% najlepszym sobą, czyli zupełnie odmienny obraz niż prezentowany w mediach. Zresztą ja uważam, że smutek jest sexy (śmiech).

Czy marki takie jak Odio, Pieczarkowski, Bola, Reinkarnacje, Kombokolor, Herzlich Willkomen przyciąga właśnie Twoja estetyka?

Ludzie o konkretnych poglądach, estetyce i wrażliwości grupują się samoistnie. Znajdują się i to dzieje się naturalnie. Mieszkam w Łodzi, gdzie też mieszka wielu projektantów, z którymi znam się od lat. Olka z Odio to moja wieloletnia przyjaciółka. Wspólnie robiliśmy pierwsze „żarty modowe”. To wszystko razem dojrzewało w wielu osobach, mamy wspólny język. Widzimy się na Fashion Weeku w Łodzi, rozmawiamy. Z tego powstają wspólne pomysły. Tak było np. z Kombokolor. Dobrze się rozumiemy we własnym gronie. To daje mi dużo siły, bo nie jest łatwo przebić się, narzucając innym swoją estetykę i jeszcze dodatkowo na tym zarabiać. Ale daleki jestem od tego, aby piać z zachwytu nad sobą. Powiem nawet jeszcze skromniej: dla mnie największą wartością jest to, że ludzie chcą tej estetyki, chcą mnie oraz mojemu zespołowi zaufać.

Z jakim magazynem w Polsce chciałbyś pracować?

To jest trudne pytanie. Pewnie „i-D”. „Melba” jest świeżym tytułem i jest super. Mają bardzo konkretny sposób patrzenia na świat i ciuchy. Bardzo ciekawe zjawisko na polskim rynku. A z klasycznych tytułów to „Viva Moda”.

Czy ostatnio widziałeś lub czytałeś coś, co wywarło na Tobie spore wrażenie?

Nie ma chyba konkretnego nurtu, który mnie inspiruje. Są to raczej pojedyncze, oderwane rzeczy, do tego bardzo często wcale nie są nowe i świeże. Ostatnio oglądałem „Szukając Vivian Maier”. To film o nowojorskiej fotografce i zrobił na mnie ogromne wrażenie. Ona ma świetnie zdjęcia. Zastanawiam się, jak można było zmarnować taki talent. Odebrałem to bardzo osobiście, jako lęk przed pokazaniem się, przed sprawdzeniem, zaryzykowaniem, że ktoś źle oceni naszą pracę. Ja sam trochę tak mam. Ale ogólnie jeśli chodzi o kinematografię, to chyba nie mam dobrego oka. Kompletnie nie zrozumiałem filmu „Birdman”, mimo iż doceniam, jak został nakręcony. Mam trzy czy cztery ulubione filmy, które oglądam co jakiś czas (śmiech) i są to „Lekarstwo na miłość” z Kaliną Jędrusik, „Duma i uprzedzenie” z Keirą Knightley oraz „Jak we śnie” i „Czy Noam Chomsky jest wysoki czy szczęśliwy” w reżyserii Michela Gondry’ego.

Czego nauczyłeś się podczas zeszłorocznych warsztatów Art & Fashion Forum?

To też jest trudne pytanie. „Technicznie” może nie jakoś bardzo dużo, natomiast warsztaty bardzo otworzyły mnie na innych. Występowanie przed grupą wywołuje we mnie stres, a tam były obecne same zdolne osoby. Zderzyłem się z opinią obcych ludzi. Nauczyłem się przebywać w innym środowisku. Dla mnie to są istotne rzeczy, krok do przodu, który procentuje do tej pory.

Jaką sesję twojego autorstwa zobaczymy najwcześniej?

Teraz szykuję wspomnianą wcześniej okładkę płyty oraz sesję promującą album. Zrobiłem edytorial „Marshmallows” z modelką Olą Munik, który pojawił się właśnie w Kaltblut Magazine. Zwykle nie chwalę się publikacjami, dopóki się nie pojawią. Niedługo skrystalizuje się wspólny projekt z Tolą Smolińską, która była obecna na warsztatach w Poznaniu. Myślimy podobnie, mamy wspólny flow, o czym przekonaliśmy się już podczas Art & Fashion. To są najbliższe projekty, które podtrzymują we mnie chęć zajmowania się fotografią. Pasjonuje mnie cały proces twórczy, podczas którego na własnych zasadach buduję swój świat. To jest najwspanialsze w fotografii.